Nareszcie! W końcu! W najdalszym, najbardziej zakurzonym kącie piwnicy w końcu go znalazłam! Z jednej strony ulga. Płynąca z głębokiego poczucia obowiązku. Z drugiej strony przyznać się muszę – choć wiem jak głupio to zabrzmi – łudziłam się nadzieją, że w ubiegłorocznym domowym zamieszaniu gdzieś zaginął w jakiejś przestrzeni pomiędzy światami równoległymi, albo wyparował… Ale nie! Ten mały drań  stał w kącie. Przykurzony i lekko przysłonięty innymi, mniej lub bardziej, a raczej mniej, potrzebnymi gratami. Gdzieś w środku ścisnęło mnie już od samego patrzenia. Wiedziałam, że tak samo jak POWINNAM, tak samo bardzo, a nawet bardziej NIE CHCE MI SIĘ.

Stałam na środku piwnicy, zawieszona pomiędzy „niechceniem”, a „powinnością”, patrzyłam na niego z zaciśniętymi ustami, ściągniętymi brwiami. Hmmm…. czy wtedy pogłębiają się zmarszczki? Stałam tak beznadziejnie dłuższą chwilę, spoglądając to na niego, to za okno, a w myślach rozważałam wszystkie za i przeciw. Właśnie zaczęło wychodzić słoneczko.

Nie chce mi się, ale muszę, chociaż temperatura tylko 2 C, rano padał śnieg, a godzinę temu znowu padał deszcz. „Muszę” to takie opresyjne słowo. Czy naprawdę „muszę”? Nie. Nie muszę. Chcę to zrobić, choć nie chce mi się tak bardzo…

Dlaczego muszę? Bo w tygodniu po świętach nie będę miała czasu. A potem nagle będzie już połowa miesiąca. A jeśli zrobię to dzisiaj, to w połowie miesiąca trawa, którą dosieję będzie już kiełkować. Tralalala! Małe, fluorescencyjnie zielone szpadki trawki. I właśnie dlatego chcę to zrobić dzisiaj, bo przecież w czasie Wielkanocy robić tego nie będę.

Dlaczego jeszcze chcę? Bo w tym roku wyjątkowo, chcę mieć zadbany trawnik.

No jeszcze była nadzieja w tym, że może jest niesprawny. Ten on. Wertykulator, bo o nim mowa. Ostatni raz używany chyba trzy, albo cztery lata temu. Może nie zapali?… Naciskam żółty przycisk… eee… zapalił. No i zaczęło się rycie trawnika, lub raczej tego co z niego jeszcze zostało. Przecinanie darni, usuwanie zasuszonych fragmentów, zbieranie co mniejszych patyczków, zbieranie pozostałości liści, igieł sosnowych i świerkowych.

Cóż, to co opisałam powyżej to typowy dylemat ogrodnika, posiadacza ogrodu z kilkuletnim już stażem. Bo na początku, gdy zaczynasz tę fascynującą podróż zakładania i pielęgnacji własnego ogrodu, każde dodatkowe zajęcie w ogrodzie wydaje się być całkowicie naturalne, niezbędne  wręcz i zbywasz to krótkim „a! nie ma problemu!”.  Tak jest na początku, bo praca wykonywana z miłością wydaje się być tak lekka, przyjemna i zapominasz, że to nadal praca i jak każda wymaga CZASU, jaki trzeba na nią przeznaczyć. I tak składa się jedna praca, z kolejną, i jeszcze jedną, aż po prostu nie masz czasu na kolejne.

Dlatego od samego początku koniecznie rozważ, czy pewnych rzeczy nie można zrobić inaczej. Na przykład czy zamiast rośliny, którą co roku trzeba przycinać, nie lepiej wybrać coś innego, co rośnie wolniej, ale za to kształtnie i nie wymaga przycinania.

Dlaczego o tym wspominam? Bo wertykulacja trawnika jest czymś z czego nie możesz zrezygnować, jeśli chcesz mieć piękny trawnik. Na to zawsze trzeba znaleźć czas.

Czym jest wertykulacja? To mechaniczne pionowe nacinanie darni, a przy okazji usuwanie wszystkich obumarłych fragmentów traw, roślin, patyczków, gałązek i wszystkiego co tam nagromadziło się przez zimę.

Wertykulacja to lekka praca, podobna do koszenia trawnika, bo do wertykulacji służą urządzenia z pozoru wyglądające jak kosiarki. Z tą różnicą, że po koszeniu trawnik wygląda lepiej, a po wertykulacji… Co tu dużo mówić… Ciekawe ile zawałów na świecie było spowodowanych widokiem ukochanego trawnika po wertykulacji?

Najważniejsze, aby zwertykulować trawnik nie raz, ale co najmniej 2 razy, i wzdłuż i w poprzek, aby wertykulator dokładnie wszystko wybrał. Po pierwszym razie zbiera co grubsze zanieczyszczenia, dopiero po drugim, trzecim, a czasem nawet czwartym wybiera wszystko. Krokusy i puszkinie rosnące w trawniku już przekwitły, zostały same listki i będą się nasycać jedzonkiem na przyszły sezon. Jakoś wertykulator był miłosierny i oszczędził większość.

A jak już wszystko wyczyścisz, to jest genialny czas na to, aby nadsiać trawnik. Nie martw się, że temperatura na zewnątrz to tylko +2 C, nasiona nie zmarzną, a gdy tylko temperatura osiągnie +5 C zaczną kiełkować.

Całość prac na ok. 300 m2 trawnika zajęła mi niecałe trzy godziny. I chociaż tak bardzo mi się nie chciało, to gdy później patrzyłam na to dzieło, czułam dumę i satysfakcję. Dumę, że się przemogłam, a satysfakcję, bo trawnik choć przez najbliższe 2-3 tygodnie lekko zmasakrowany, ma w sobie obietnicę odrodzenia się na nowo i nie wygląda jak zapomniany fragment nawiedzonego ogrodu. Myślę, że możesz czuć się podobnie.

Miłej wertykulacji!

www.NastrojowyOgrod.pl